Bernard Cornwell, Zimowy Monarcha, [Instytut Wydawniczy Erica] Warszawa 2010.
seria: Trylogia Arturiańska
tytuł oryginału: The Winter King
Historia życia autora jest dosyć ciekawa, a początki jego pisarstwa zabawne. Jako dziecko został adoptowany przez angielską rodzinę. Karierę zawodową zaczynał jako dziennikarz BBC. Jednak miłość nie pozwoliła mu pozostać w Wielkiej Brytanii. Zakochał się i wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Nie uzyskał tam pozwolenia na pracę, więc zajął się pisaniem – tylko to zajęcie nie wymagało posiadania zielonej karty.
Książka przenosi nas w czas przełomu V i VI wieku na Wyspy Brytyjskie. Czasy są ciężkie. Rzym wycofał się z tych terenów już dawno, jednak nie udało się odrodzić miejscowych zwyczajów i religii. Na domiar złego Brytowie stają w obliczu nowych niebezpieczeństw, jakie stanowią Sasowie. Merlina nie ma w Brytanii, a król Uther umiera pozostawiając jednego prawowitego potomka płci męskiej, który jest niemowlęciem. Jest jeszcze nieślubny syn – Artur i on okazuje się być nadzieję na zjednoczenie Brytów. Czy jednak na pewno?
O królu Arturze powstało bardzo wiele książek. Temat wydaje się być już omówiony na wszelkie sposoby i kompletnie wyczerpany. Jednak Zimowy Monarcha ma swój oryginalny charakter. Cornwell przedstawia całość jako opowieść spisywaną przez Derfla, jednego z wojowników Artura. Gdy spisuje on całą historię jest mnichem w klasztorze, jednak mile wspomina dawne czasy. Cornwell unika przedstawiania magii i religii, jako czegoś realnie istniejącego. Wszystko ma swoje wytłumaczenie na poziomie czysto ludzkim. Bohaterowie oczywiście wznoszą modły do bogów lub Boga (zależnie od religii), jednak poza ewentualnym efektem psychologicznym nie wpływa to na działania bohaterów. W tym miejscu niestety trzeba zarzuć tendencyjność autora, do której poniekąd sam się przyznał. Traktuje bowiem Kościół bardzo negatywnie (jak dodaje w nocie “Od autora”: Kościół nigdy nie słynął z tolerancji, co jest twierdzeniem bardzo na wyrost). Nie ma wśród ludzi Kościoła przedstawionych w książce ani jednej pozytywnej postaci. Autor przyznaje, że źródeł do poznania epoki mamy tyle co nic, tym bardziej widać więc, że jest to pewien objaw niechęci, której nie zauważa się w stosunku do np. druidów.
Mimo tego mankamentu książka jest bardzo dobra. Ciekawym rozwiązaniem jest próba “odmitologizowania” tematu. Nie ma więc Artura, który wyciągnął miecz z kamienia, a Lancelot nie jest tym najlepszym z rycerzy. Mamy wrażenie bycia naocznymi obserwatorami wydarzeń, z których potem utworzy się legenda. Sami widzimy (albo lepiej – czytamy) jak plotki, kłamstwa czy zwykłe zmyślenia stają się tym, co dotrwa do naszych czasów w dziełach choćby Chretien’a de Troyes. Czyta się ją dużo lepiej niż np. Mgły Avalonu, które w porównaniu wypadają naprawdę słabiutko. Autor ma także świetne pióra, książkę czyta się więc bardzo dobrze i z zapartym tchem. Całe szczęście, że są jeszcze dwa tomy. Takiej lektury nigdy dosyć!
[…] historycznych. Jedną z najpopularniejszych jest Trylogia Arturiańska, której pierwszy tom Zimowy Monarcha recenzowaliśmy jakiś czas temu. Teraz przedstawiamy drugi tom trylogii pt. Nieprzyjaciel […]